Z słońcem, w słońcu, o słońcu…
Wczesnym rankiem, kiedy szron
bieli ogród a ziąb trzyma mnie w domu – tęsknie wypatruję przez okno pierwszych
promieni słońca. A kiedy już wypłynie w swym majestacie zza czubków sosen i chwilę
później zza brzóz – wszystko wokół nabiera dobrej energii, sensu, wartości.
Codzienne, domowe prace idą jak po maśle, w głowie układa się szczegółowy plan
działań, napojony i nakarmiony zwierzyniec zajmuje się swoimi sprawami –
idylla …
A kiedy w południe pali się już w
piecu, sam gotuje się obiad, liście zgrabione z podwórka wylądują na stercie
kompostu, idę sobie z widłami do ogrodu i kopię, kopię, szarpię i wyciągam to
wszystko , co przez lata utworzyło zwartą i twardą darń poprzeplataną imponującej długości i grubości korzeniami. Z
każdą chwilą robi się coraz cieplej i już nie wiem czy to od słońca, od ruchu,
czy może ze strachu, że nadwyrężane widły pękną i będzie – „po robocie”.
Tuż po piętnastej, kiedy słońce
chowa się za akacje i zaczyna się robić zimno, porzucam moją „ulubioną” pracę i
bardzo niechętnie wracam do domu. Czas teraz niebywale przyspiesza … uwijam się
więc niczym w ukropie: pojenie, karmienie, sprzątanie, w pośpiechu wypita
herbata i znów pędzę do ogrodu by złapać ostatnie promienie słońca, pogapić się
na ozłocone drzewa i na złoto zalegające pod nimi.
A kiedy szarość pochłonie już
ostatni, czerwienią świecący obłok a nad drzewa napływa zimny granat nieba –
wyziębione ciało i dusza - tęsknią do słońca …
W takim stanie ducha – dokładam
drewna do pieca, mrużąc oczy, popatruję na ogień tańczący po ścianach i suficie
i grzejąc się w jego cieple, czekam na kolejny – koniecznie - słoneczny dzień
jesieni.















Brak komentarzy:
Prześlij komentarz