środa, 28 października 2015

Z słońcem, w słońcu, o słońcu…
Wczesnym rankiem, kiedy szron bieli ogród a ziąb trzyma mnie w domu – tęsknie wypatruję przez okno pierwszych promieni słońca. A kiedy już wypłynie w swym majestacie zza czubków sosen i chwilę później zza brzóz – wszystko wokół nabiera dobrej energii, sensu, wartości. Codzienne, domowe prace idą jak po maśle, w głowie układa się szczegółowy plan działań, napojony i nakarmiony zwierzyniec zajmuje się swoimi sprawami – idylla …
A kiedy w południe pali się już w piecu, sam gotuje się obiad, liście zgrabione z podwórka wylądują na stercie kompostu, idę sobie z widłami do ogrodu i kopię, kopię, szarpię i wyciągam to wszystko , co przez lata utworzyło zwartą i twardą darń poprzeplataną  imponującej długości i grubości korzeniami. Z każdą chwilą robi się coraz cieplej i już nie wiem czy to od słońca, od ruchu, czy może ze strachu, że nadwyrężane widły pękną i będzie – „po robocie”.
Tuż po piętnastej, kiedy słońce chowa się za akacje i zaczyna się robić zimno, porzucam moją „ulubioną” pracę i bardzo niechętnie wracam do domu. Czas teraz niebywale przyspiesza … uwijam się więc niczym w ukropie: pojenie, karmienie, sprzątanie, w pośpiechu wypita herbata i znów pędzę do ogrodu by złapać ostatnie promienie słońca, pogapić się na ozłocone drzewa i na złoto zalegające pod nimi.
A kiedy szarość pochłonie już ostatni, czerwienią świecący obłok a nad drzewa napływa zimny granat nieba – wyziębione ciało i dusza - tęsknią do słońca …

W takim stanie ducha – dokładam drewna do pieca, mrużąc oczy, popatruję na ogień tańczący po ścianach i suficie i grzejąc się w jego cieple, czekam na kolejny – koniecznie - słoneczny dzień jesieni.















Brak komentarzy:

Prześlij komentarz