poniedziałek, 2 listopada 2015

Listopadowe ćwiczenia kręgosłupa
Nawet najbardziej oddany swej pracy rehabilitant nie wymęczył mi kręgosłupa tak, jak dzisiejsza praca.
Słoneczne przedpołudnie dodało mi wigoru. Zgrabiłam dwa wory liści, przytargałam z szopy drewno i węgiel i … zabrałam się za rozrzucanie obornika. Początkowo widły wręcz śmigały w powietrzu, a obornik „prawie sam” przemieszczał się z pryzmy do taczki. Manewrowanie obciążoną taczką między krzewami nie sprawiało mi większej trudności. Po dwóch godzinach, tej jakże wdzięcznej pracy, przedziwnie zwiększył się ciężar wideł, a manewry taczką znacznie skróciły mi oddech.
Wkrótce dotarło do mnie, że moja zawziętość kurczy się - niczym wełniany szalik - wyprany w zbyt gorącej wodzie. A kiedy już zupełnie opadłam z sił, a sterta obornika nadal przypominała spory pagórek, przyszedł mi do głowy pomysł - by do wyzwania podejść  „po kobiecemu”.
Nie wiem co prawda, czy rozrzucanie obornika koresponduje z tym określeniem ale fakt to bezsporny, że tak postąpiłam. Zamieniłam męskie narzędzia pracy na kobiecy zestaw: małe wiaderko i widełki. I było prawie jak w wierszu o Grzesiu – bo też niczym ten głuptasek cieszyłam się, że mi tak lekko. Mało tego, pękałam wręcz z dumy, że taka jestem mądrala.  W końcu liczy się sposób podejścia do wyzwania i skuteczność działania. Tyle tylko, że po kolejnych dwóch godzinach dotarło do mnie, że „wydłużyła się” droga od pryzmy do kolejnego miejsca wymagającego „zasilenia” tymże kompostem.
Rezultat działań: dość gruba warstwa obornika pokrywa przyszły warzywnik, zasilone zostały jabłonie, śliwy, aronie, pigwy, maliny, czarne porzeczki, jagody kamczackie. Co nieco „złota ogrodnika” udało mi się rozrzucić w tzw. ogródku kwiatowym – miedzy bylinami, wokół dereni i świdośliwy.
A teraz nie mogę się zdecydować – co jest większe – satysfakcja z zakończonej pracy – czy jej efekt uboczny -  rwący ból rąk i dominujący kręgosłupa.











Brak komentarzy:

Prześlij komentarz