Listopadowe ćwiczenia kręgosłupa
Nawet najbardziej oddany swej pracy
rehabilitant nie wymęczył mi kręgosłupa tak, jak dzisiejsza praca.
Słoneczne przedpołudnie dodało mi
wigoru. Zgrabiłam dwa wory liści, przytargałam z szopy drewno i węgiel i …
zabrałam się za rozrzucanie obornika. Początkowo widły wręcz śmigały w
powietrzu, a obornik „prawie sam” przemieszczał się z pryzmy do taczki.
Manewrowanie obciążoną taczką między krzewami nie sprawiało mi większej
trudności. Po dwóch godzinach, tej jakże wdzięcznej pracy, przedziwnie
zwiększył się ciężar wideł, a manewry taczką znacznie skróciły mi oddech.
Wkrótce dotarło do mnie, że moja
zawziętość kurczy się - niczym wełniany szalik - wyprany w zbyt gorącej wodzie.
A kiedy już zupełnie opadłam z sił, a sterta obornika nadal przypominała spory
pagórek, przyszedł mi do głowy pomysł - by do wyzwania podejść „po kobiecemu”.
Nie wiem co prawda, czy rozrzucanie
obornika koresponduje z tym określeniem ale fakt to bezsporny, że tak
postąpiłam. Zamieniłam męskie narzędzia pracy na kobiecy zestaw: małe wiaderko
i widełki. I było prawie jak w wierszu o Grzesiu – bo też niczym ten
głuptasek cieszyłam się, że mi tak lekko. Mało tego, pękałam wręcz z dumy, że
taka jestem mądrala. W końcu liczy się
sposób podejścia do wyzwania i skuteczność działania. Tyle tylko, że po
kolejnych dwóch godzinach dotarło do mnie, że „wydłużyła się” droga od pryzmy
do kolejnego miejsca wymagającego „zasilenia” tymże kompostem.
Rezultat działań: dość gruba
warstwa obornika pokrywa przyszły warzywnik, zasilone zostały jabłonie, śliwy,
aronie, pigwy, maliny, czarne porzeczki, jagody kamczackie. Co nieco „złota
ogrodnika” udało mi się rozrzucić w tzw. ogródku kwiatowym – miedzy bylinami,
wokół dereni i świdośliwy.
A teraz nie mogę się zdecydować –
co jest większe – satysfakcja z zakończonej pracy – czy jej efekt uboczny
- rwący ból rąk i dominujący kręgosłupa.










Brak komentarzy:
Prześlij komentarz