"Rusz
się, Zenek, śnieg
na dworze, mówię: wstań, bo będzie
gorzej”
Raźnie i ochoczo, ze śpiewem
na ustach zabrałam się wczoraj za odśnieżanie podwórka i wjazdu na działkę. Na
sikorkach moje trele nie robiły żadnego wrażenia, rozważne sarny omijały tę
część lasu – więc coraz śmielej sobie poczyniałam poszerzając repertuar o ”śnieżne”
piosenki znane mi z lat nawet nazbyt odległych. Słoneczko rozsypywało po śniegu
drobinki diamentów, drzewa przygotowywały się do konkursu „miss śnieżnej
kreacji” - raj na ziemi … .
Do momentu, w którym dotarło
do mnie, że śpiew ustępuje posapywaniu a szufla przybiera na wadze .Zawzięłam
się – co zaczęłam to i skończę. Szufla za szuflą, coraz bliżej szosy i coraz
bliżej do nagrody, którą sobie obiecałam za wytrwałość w dążeniu do celu.
Dotarłam do szosy, starannie oczyściłam rozjazd, wbiłam szuflę w śnieżną
zaspę i … wściekłam się niczym sterana
życiem wedera – pług zebraną z szosy pryzmą zasolonego błota dokumentnie
zaczopował mi podjazd.
Dzisiaj od rana pada i pada,
a po wczorajszym zapale nie ma nawet cienia śladu. Straciłam więc szansę na
szlifowanie swych talentów w chórku towarzyszącym Rosiewiczowi - nie mówiąc już
o solowych popisach … .
















Zimowo tak jakos :)
OdpowiedzUsuń