piątek, 8 stycznia 2016

"Rusz się, Zenek, śnieg na dworze, mówię: wstań, bo będzie gorzej”
Raźnie i ochoczo, ze śpiewem na ustach zabrałam się wczoraj za odśnieżanie podwórka i wjazdu na działkę. Na sikorkach moje trele nie robiły żadnego wrażenia, rozważne sarny omijały tę część lasu – więc coraz śmielej sobie poczyniałam poszerzając repertuar o ”śnieżne” piosenki znane mi z lat nawet nazbyt odległych. Słoneczko rozsypywało po śniegu drobinki diamentów, drzewa przygotowywały się do konkursu „miss śnieżnej kreacji”  - raj na ziemi … .
Do momentu, w którym dotarło do mnie, że śpiew ustępuje posapywaniu a szufla przybiera na wadze .Zawzięłam się – co zaczęłam to i skończę. Szufla za szuflą, coraz bliżej szosy i coraz bliżej do nagrody, którą sobie obiecałam za wytrwałość w dążeniu do celu. Dotarłam do szosy, starannie oczyściłam rozjazd, wbiłam szuflę w śnieżną zaspę i …  wściekłam się niczym sterana życiem wedera – pług zebraną z szosy pryzmą zasolonego błota dokumentnie zaczopował mi podjazd.

Dzisiaj od rana pada i pada, a po wczorajszym zapale nie ma nawet cienia śladu. Straciłam więc szansę na szlifowanie swych talentów w chórku towarzyszącym Rosiewiczowi - nie mówiąc już o solowych popisach … .
















1 komentarz: