środa, 12 października 2016

Wykradam październikowi godziny bez deszczu i z każdym dniem czynność ta wymaga ode mnie większej cierpliwości. Od trzeciego października pada, leje, siąpi i mży i w dzień i w nocy. Byłam więc pewna, że moje piaseczki nawodnione są już niczym mech w stuletnim borze. Wczoraj , przy przesadzaniu sumaków, okazało się, że … tylko na głębokość szpadla ziemia jest wilgotna, a dalej nadal sypki piasek …
Z zaplanowanych prac udało mi się przesadzić liliowce, na nowym miejscu - wzdłuż bukszpanów – będą miały więcej słońca. Wyrwałam  pozostałości po dyniach, wsadziłam (podarowane przez sąsiadkę) sadzonki mięty, przesadziłam dziewanny, które rozsiały się w ilościach imponujących! Na wygrabionym miejscu pod warzywnik wysiałam – po terminie - gorczycę i facelię. Wbrew ludowej tradycji nie czekałam na wyrwanie resztek marchwi, a może szkoda – bo „Po św. Jadwidze słodycz w marchew idzie”.
 Z utęsknieniem wyczekuję tych kilku - zapowiadanych przez pogodynkę i wszelkiej maści pogodowych wróżbitów – zimnych ale i słonecznych dni, żeby przesadzić jeszcze irysy,  posadzić cebulowe, poobcinać liście bylinom, powycinać samosiejki akacji i „pozyskać” kolejny płachetek ziemi pod buraczki i fasolkę.

A tymczasem mogę się z filozoficznym spokojem przyglądać, jak deszcz zmywa kolory z liści …

















Brak komentarzy:

Prześlij komentarz