Wykradam październikowi
godziny bez deszczu i z każdym dniem czynność ta wymaga ode mnie większej
cierpliwości. Od trzeciego października pada, leje, siąpi i mży i w dzień
i w nocy. Byłam więc pewna, że moje piaseczki nawodnione są już niczym mech w
stuletnim borze. Wczoraj , przy przesadzaniu sumaków, okazało się, że … tylko
na głębokość szpadla ziemia jest wilgotna, a dalej nadal sypki piasek …
Z zaplanowanych prac udało
mi się przesadzić liliowce, na nowym miejscu - wzdłuż bukszpanów – będą miały
więcej słońca. Wyrwałam pozostałości po
dyniach, wsadziłam (podarowane przez sąsiadkę) sadzonki mięty, przesadziłam
dziewanny, które rozsiały się w ilościach imponujących! Na wygrabionym miejscu
pod warzywnik wysiałam – po terminie - gorczycę i facelię. Wbrew ludowej
tradycji nie czekałam na wyrwanie resztek marchwi, a może szkoda – bo „Po św.
Jadwidze słodycz w marchew idzie”.
Z utęsknieniem wyczekuję tych kilku - zapowiadanych
przez pogodynkę i wszelkiej maści pogodowych wróżbitów – zimnych ale i słonecznych
dni, żeby przesadzić jeszcze irysy, posadzić cebulowe, poobcinać liście bylinom,
powycinać samosiejki akacji i „pozyskać” kolejny płachetek ziemi pod buraczki i
fasolkę.
A tymczasem mogę się z
filozoficznym spokojem przyglądać, jak deszcz zmywa kolory z liści …
















Brak komentarzy:
Prześlij komentarz