środa, 2 września 2015

Dar z nieba
Odwieczna walka dobra ze złem, poczucia spełnionego obowiązku z dobrymi chęciami.  Wczorajszy, obezwładniający  upał  znów zmuszał mnie do powstrzymania się od jakiejkolwiek aktywności, a poczucie traconego czasu drążyło moją duszę niczym kornik drzewo.
Aż powiedziałam sobie – dosyć i bladym świtem, kiedy jeszcze powietrze można było nazwać rześkim zabrałam się za porządki w ogrodzie. Po absolutnie koniecznej wycince kilku klonów jesionolistnych, niezbędnych prześwitach morw, wyrywaniu z korzeniami samosiejek akacji w ogrodzie leżały sterty pni i konarów. Cięcie, załadowanie drewna na taczkę, „jazda” przez ogród i podwórko do drewutni zajęło mi czas do południa.
Z ulgą i satysfakcją popatrzyłam na częściowo uporządkowany ogród. W ramach należnego mi relaksu zasiadłam na werandzie z kubkiem mięty i „Okularnikiem” Katarzyny Bondy i nagle poczułam się niczym sterany życiem i leciwy pracownik huty…
A przede mną kolejne sterty wysokie niczym polodowcowe pagórki.
Po południu zgrabiłam uschnięte liście, upchałam je do opon (jesienią - przysypię liście piaskiem zmieszanym z ziemią, posieję facelię, a wiosną – w oponach zagoszczą nagietki) i … ku mojej wielkiej radości w trawie zobaczyłam prawdziwe cudo - małe jabłuszko z dziadka jabłoni. Nagle wszystko przestało być ważne, a moje zmęczenie i ból, dotąd wierny niczym prawdziwy przyjaciel, gdzieś sobie odpłynął - w dłoni trzymałam najsmaczniejsze na świecie jabłko o niesamowitym zapachu -  godnym utrwalenia prze bohatera „Pachnidła”.
I co ja mam teraz biedna zrobić, wąchać i ze smutkiem patrzeć, jak każdego dnia bardziej więdnie, czy zjeść i pozbawić się jego zapachu. Nie tylko osiołkowi w żłoby dano …

Pozostaje mi mieć nadzieję, że uratowany jeden, jedyny konar mojej ukochanej, stareńkiej jabłoni obdarzy mnie w przyszłym roku nie jedynym cudem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz