Dar z nieba
Odwieczna walka dobra ze złem, poczucia
spełnionego obowiązku z dobrymi chęciami.
Wczorajszy, obezwładniający
upał znów zmuszał mnie do powstrzymania
się od jakiejkolwiek aktywności, a poczucie traconego czasu drążyło moją duszę
niczym kornik drzewo.
Aż powiedziałam sobie – dosyć i bladym
świtem, kiedy jeszcze powietrze można było nazwać rześkim zabrałam się za
porządki w ogrodzie. Po absolutnie koniecznej wycince kilku klonów
jesionolistnych, niezbędnych prześwitach morw, wyrywaniu z korzeniami samosiejek
akacji w ogrodzie leżały sterty pni i konarów. Cięcie, załadowanie drewna na taczkę,
„jazda” przez ogród i podwórko do drewutni zajęło mi czas do południa.
Z ulgą i satysfakcją popatrzyłam
na częściowo uporządkowany ogród. W ramach należnego mi relaksu zasiadłam na
werandzie z kubkiem mięty i „Okularnikiem” Katarzyny Bondy i nagle poczułam się
niczym sterany życiem i leciwy pracownik huty…
A przede mną kolejne sterty
wysokie niczym polodowcowe pagórki.
Po południu zgrabiłam uschnięte
liście, upchałam je do opon (jesienią - przysypię liście piaskiem zmieszanym z
ziemią, posieję facelię, a wiosną – w oponach zagoszczą nagietki) i … ku mojej
wielkiej radości w trawie zobaczyłam prawdziwe cudo - małe jabłuszko z dziadka
jabłoni. Nagle wszystko przestało być ważne, a moje zmęczenie i ból, dotąd
wierny niczym prawdziwy przyjaciel, gdzieś sobie odpłynął - w dłoni trzymałam najsmaczniejsze
na świecie jabłko o niesamowitym zapachu - godnym utrwalenia prze bohatera „Pachnidła”.
I co ja mam teraz biedna zrobić,
wąchać i ze smutkiem patrzeć, jak każdego dnia bardziej więdnie, czy zjeść i
pozbawić się jego zapachu. Nie tylko osiołkowi w żłoby dano …
Pozostaje mi mieć nadzieję, że
uratowany jeden, jedyny konar mojej ukochanej, stareńkiej jabłoni obdarzy mnie
w przyszłym roku nie jedynym cudem.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz