Do wczoraj listopad czarował, mamił i usypiał czujność. Na
podwórku i w ogrodzie oczy cieszyły kwitnące kwiaty: kosmos (onętek),
złocienie, nasturcje, warszawianki, nagietki i rudbekie. W lesie można było
wejść na gąski i podgrzybki. W południe, w słońcu – wystarczyło zamknąć oczy,
usadowić się w zacisznym miejscu i pomarzyć o niebieskich migdałach…
Noc – z niebem usianym gwiazdami – czarowała aksamitną
ciszą.
A rankiem przymrozek pobielił pola …, zmroził pąki kwiatów i
pognał mnie do roboty. Usypałam kopczyki wokół róż, barbuli, pięknotki i
złocieni, otuliłam jutowymi workami krzewy ketmii syryjskiej. Wybrałam wodę z
beczek, obficie podlewając krzewy w przedogródku i kiedy miałam już zrobić
sobie przerwę na aroniową herbatkę – pojawił się sąsiad z krzewami leszczyny …
.






Brak komentarzy:
Prześlij komentarz