Pogodowe niespodzianki
To już trzeci miesiąc, w
którym aura pokazuje „lwi pazur”.
Październik szarogęsił się
na całego, deszczowe dni i noce wywróciły do góry nogami moje plany i zamiary.
Nie powiększyłam warzywnika, nie przesadziłam irysów, nie przekopałam ziemi pod
jagodnik. Za to, jak dziecko cieszyłam się z każdej bezdeszczowej godziny,
która pozwoliła się wyrwać mojej gromadzie na spacer do lasu.
W prasie wyczytałam, że tak
mokry październik był w latach siedemdziesiątych … .
Listopad, po ulewie w dniu,
w którym marzyłam o słońcu, zaskoczył mnie wysoką temperaturą, wręcz błękitnym
niebem i wysypem wszelkiej maści grzybów. Gdyby nie szacunek dla tradycji,
pewnie zabrałabym się za przekopywanie ogródka … .
Nadmiar wolnego czasu i
szwędanie się po ogrodzie zaowocowało pomysłami nowych nasadzeń – gdybyż tylko
kiesa pozwoliła na spełnienie marzeń … .
Grudzień tylko postraszył
śniegiem i znów jest cieplutko. Grzyby rosną, jak oszalałe, kasztanowiec w
pąkach, a ja łażąc po lasach i polach wystawiam twarz do słońca, grzeję kości
niczym stary kocur, marzę o wiośnie i zastanawiam się – co się dzieje z tą
pogodą?
Wertuję stare kalendarze,
czytam przepowiednie płynące z „ludowych
mądrości” i pełna wątpliwości przyglądając się kondycji moich roślinek - nie
wiem czy zdejmować zimowe okrycia, usuwać stroisz, rozkopywać kopczyki - czy
cierpliwie poczekać, bo a nuż nocną porą - mróz, niczym podstępny lis,
zakradnie się do ogródka … .