sobota, 21 marca 2015

Jak przechytrzyć robala
Nasiona warzyw zakupione, schemat grządek naszkicowany. W wyobraźni już martwię się skutkami obfitych plonów, zapełniam spiżarnię skrzynkami i słojami, mrożę, suszę, obdarowuję „bliskich i znajomych królika”, czuję błogi ciężar pełnego warzyw brzucha ...
W oczekiwaniu na ciepłe dni i sprzyjającą siewowi fazę księżyca kombinuję czym by tu zastąpić agrowłókninę lub folię, które po rozłożeniu na grządkach zminimalizowałyby wzrost perzu i innego zielska, choć sympatycznie wyglądającego - to jednak niepożądanego wśród warzyw.
Wiem, że czeka mnie czas zmagań nie tylko z zielskiem, suszą mojego piaszczystego ogródka ale i ślimakami, których całe hordy żerowały dotąd bezkarnie na wszystkim co tylko nie było pokrzywą. Doświadczeni w tej materii ogrodnicy radzą by odstraszać ślimaki przy pomocy wielu pięknych roślinek: krwawnika pospolitego, jeżówki purpurowej, lawendy, maku wschodniego, posłonka, bodziszka himalajskiego, nasturcji, czarnuszki damasceńskiej, orlika, onętka, maczka kalifornijskiego, smagliczki i goździka brodatego. Ślimaki ponoć nie przepadają także za zapachem czosnku, krwawnika i wrotyczu.
Urodziwe ziółka i kwiatki zamierzam także wykorzystać do walki ze zmorą wszystkich działkowców – atakami wszelkiej maści żyjątek, larw, mszyc i innych paskudztw pełzających, latających i żerujących wśród korzeni. Żeby zmylić czujność i zmniejszyć żarłoczność przeróżnych robali czyhających na moje roślinki na obrzeżach rabat i miedzy rzędami warzyw zamierzam posiać dużo aksamitki – bo zwalcza nicienie, odstrasza owady i gryzonie, ponoć jest także dobrym przedplonem dla truskawek. Wyciągiem z aksamitki będę próbowała ratować przed mszycami moją dość starą czarną porzeczkę. Moc czarodziejskiej aksamitki jest nie do przecenienia - w wywarze z suszu dobrze jest pomoczyć przed sadzeniem cebule kwiatów i korzenie rozsad – w ten sposób znacznie chroniąc je przed grzybami.
Radośnie kolorową nasturcję i słoneczne nagietki wysieję gdzie tylko będę mogła ... i na pewno obok bobu. Sprawdzę też na ile można polegać na nasturcji - w odstraszaniu gąsienic.
Grządki, na których będą rosły ogórki, cukinia, fasola, dynia i pomidory – wcześniej powinno się obsiać gorczycą – bo wzbogaca ziemię w azot, których te warzywa łakną niczym łakomczuch czekolady.
Jesienią na sporym zagonku wysiałam ją dość gęsto ale chyba zbyt późno - bo słabo wzeszła, a może nie pamiętałam, że gorczycę powinno wysiewać się wtedy gdy Księżyca przybywa.
Cynie wysieję nie tylko obok cukinii ale też pod jabłoniami.
Niebiesko kwitnący ogórecznik i bazylię posieję między pomidorami (bo wzmacnia ich aromat) i ogórkami, a obok fasoli – cząber i facelię.
Między burakami - cząber i trybulę – bo pomogą w odstraszeniu mszycy buraczanej, a trybuli ponoć bardzo nie lubią mrówki – a tych pod lasem mam pod dostatkiem.
Smak kapusty i marchwi ponoć skutecznie poprawia rosnąca między rzędami szałwia, a tymianek i lubczyk podnoszą ich zdrowotność. W międzyrzędziach marchwi można rozsypywać ususzony wrotycz, koper, lawendę.
O dobrą kondycję ziemniaków troszczy się posadzony w sąsiedztwie chrzan i majeranek.
Mam nadzieję, że seler i pietruszka będą mi wdzięczne za towarzystwo kopru.
Czosnek to prawie lek na każde zło, prawie bo jednak nie lubi się z grochem, fasolą i kapustą.
Roślinami zamierzam „leczyć” stare jabłonie mojego dziadka. Jesienią wysiałam pod nimi facelię, a teraz poeksperymentuję z roślinami wzmacniającymi te drzewa: nasturcją, lakiem, cyniami, kolendrą, czosnkiem, szczypiorkiem i chrzanem. Przed zimą znów wokół pni wysieję gorczycę.
Bardzo dużo informacji na temat wpływu roślin na zdrowotność warzyw, sporządzanych z nich naparów i wywarów  do walki prawie z każdym „robalem” zawiera bardzo sympatycznie napisana przez Panią Hannę Masternak niewielka objętościowo książeczka pt. „Życie wśród roślin” z Oficyny Wydawniczej „HOŻA” – Warszawa.

Kolejną książką, z którą się nie rozstaję nawet na chwilkę jest „Ogród naturalny” Annelore i Susanne Bruns wydana przez Wydawnictwo KOS z Katowic.

piątek, 6 marca 2015

Moje spotkanie z ogrodem - zapiski z ogrodowego pamiętnika
Nie przenosi się starych drzew. Może ludowa mądrość dotyczy wyłącznie tych, którzy  tego nie chcą, bo ja z radością uwolniłam swoje korzenie od wielu lat pokryte miejskim chodnikiem.  Przeprowadzka, codzienne zmaganie się z czasem, który kurczył się niczym sfilcowany sweter, a ja uwikłana w męczące i konieczne zajęcia ze smutkiem żegnałam kolejny dzień uciekającego przede mną lata.
I wreszcie … 20 sierpnia jadę, jadę jeszcze nie do końca wierząc, że to nie sen …
Po tylu latach oczekiwań, tęsknoty, wyobrażeń i marzeń wreszcie jestem … i witam się z ogrodem – smutnym, opuszczonym, zaniedbanym … .
Wysokie trawy splatane z zielskiem i suchymi konarami drzew nie pozwalają swobodnie przejść przez ogród. Konary klonów, morw i robinii nie dopuszczają słońca nie tylko do dawnego ogrodu kwietnego i warzywnika. Widok z werandy również smutny – cień rzucany przez rozrośnięte samosiejki klonów i sumaków (octowców) - każe na jakiś czas zapomnieć o słonecznych, kwietnych rabatach.
Na podwórku, w jakże niewielkich plamach słońca psy układają się do codziennej drzemki, a ja z sekatorem i ręczną piłką dzień za dniem próbuję nadać ogrodowi jego dawny wygląd.
Nocny ból dłoni nieco studzi moje zapędy i siłą rzeczy wymusza rezygnację z prac, które są poza moim zasięgiem.
Przycięłam czarną porzeczką, aronię i forsycję - chociaż to nie jest odpowiedni czas na takie zabiegi. Prześwietliłam część morwy białej i czarnej. W kolejce na cięcie czekają krzewy pigwy i karagany.
Wiem, że również powinnam usunąć uschnięte konary  śliw i wiśni ale postanawiam z tą pracą uporać się dopiero wiosną.
Usunęłam tzw. wilki i oczyściłam ziemię pod dziadka jabłonką. W najbliższych dniach planuję posiać pod nią facelię i obłożyć ziemię wokół pnia ściętą pokrzywą. Po 20 września – zgodnie z zaleceniami ekoogrodników - wszystkie jabłonie zamierzam ustroić opaskami lepowymi.
Przed werandą,  w kwietnym ogródku i na podwórku posadziłam trochę bylin. Żeby się przyjęły i pięknie rosły każdą roślinkę umieszczałam w głębokim dole wypełnionym dobrą ziemią. Troskę o rośliny opłaciłam bólem kręgosłupa, który nie pozwalał przyjąć mi ludzkiej postawy - przez większą część dnia poruszałam się zgięta w kabłąk … . Tak to jest jeśli chce się zbyt szybko spełnić marzenie o pięknie ukwieconym ogrodzie. Żeby pamiętać co, gdzie i kiedy posadziłam skrupulatnie szkicowałam i zapisywałam każdego wieczoru kolejne nasadzenia. Może uchroni to mnie przed wiosennym zanikiem pamięci … .
30 sierpnia – wsadzam: bergenię, tiarelę, trzmielinę, żurawki, barbulę, budleję, nachyłki, rozchodniki, kocimiętkę, jastrzębiec pomarańczowy, kokorycz żółtą.
4 września – wsadzam: brunerę marmurkową, bodziszki Endressa, tawułki chińskie, liliowce cytrynowe.
24 września – wsadzam: krwawniki, baptystę, jeżówkę purpurową, szałwie omszone, perowskie łobodo listne.
21 września – montaż pułapek lepowych to przednia zabawa … żółte paskudztwo lepi się do wszystkiego tylko nie do pni drzew … dołączone do opasek troczki są do niczego, pierwsze podmuchy wiatru i opaski wylądowały pod drzewami. Opasałam więc je dodatkowo sznurkiem – nie wglądało to estetycznie ale trzymało się dzielnie - pomimo silnych podmuchów wiatru.
27 września – wysiew roślin na zielony nawóz. Dookoła pni jabłoni i śliw wysiałam kręgi z facelii, która na tym moim nędznym piasku rośnie silniej i szybciej niż perz ( na szczęście) i pokrzywy (co już mniej cieszy – bo potrzebuję ich dużo do sporządzania bardzo brzydko pachnącego ale skutecznego roztworu do opryskiwania i podlewania moich roślinek.
2 października – posadziłam berberysy Thunberga i lirope szafirkowae, kłosowiec fenku łowy.
4 października – obok studni, przed trzmielinami posadziłam cebule żonkili (narcyzy) Baby Moon.
5 października – wysiałam gorczycę na zielony nawóz.

7 października – w piękny, słoneczny i ciepły dzień – posadziłam (po lewej stronie drogi wjazdowej) pięciorniki krzewiaste Gold Star
8 października – świat wokół mnie wygląda niczym pejzaż dla impresjonistów więc wmyślam takie zajęcia żeby jak najdłużej podziwiać urodę drzew i krzewów, posiłki zjadam na werandzie, a przedwieczorną herbatę smakuję aż do zmroku.
9 października – kolejny piękny słoneczny dzień. W moim zimnym zazwyczaj domu letnie temperatury – 25 stopni!!!. W ten nieoczekiwanie leni wieczór siedzę sobie z psami na werandzie, chłonę ciszę, zapach lasu, aksamit powietrza, drobiny szczęścia unoszące się nad moim podwórkiem opadają na moje serce.
12 października – odtwarzam dawny karmnik dla sikorek tworząc w zastępstwie popsutych elementów przedziwną konstrukcję z misek, puszek i sznurków. Nie wygląda to estetycznie ale chodzi mi o to, żeby karma wysypywana sikorkom nie mokła na deszczu. Wsypuję ziarno słonecznika i ku mojej radości wkrótce w karmniku pojawia się „sikorzy zwiad”. Mam nadzieję, ze wkrótce pojawią się następne, a może powróci liczna gromada, która tak cieszyła mojego Tatę …
18 października – wsiałam w kilku miejscach w ogródku koper ogrodowy Szmaragd (odmiana odporna na suszę) zobaczmy więc jak sobie poradzi na moim piaseczku. Jest to odmiana dobra do kwaszenia więc gdyby się sprawdził to może już w przyszłym roku mogłabym go spożytkować do zalewy.
20 października – poszłam na spacer do lasu z chęcią poprzytulania się do brzóz, a skończyło się na liczeniu pni po ściętych drzewach. Niestety naliczyłam aż 61 pni, w tym większość wyciętych drzew to sosny.
23 października – prognozy miały być niekorzystne dla ogrodników, miał padać deszcz ze śniegiem, a jest zimno ale słonecznie. Gromada sikorek kąpie się w starym garnku, skubie słoninkę i najwyraźniej cieszy się życiem, niektóre nie kontrolując zbytnio kierunku lotu uderzają w szyby kuchennego okna. Z jesieni nic sobie nie robią posadzone dopiero co roślinki i kwitną sobie na całego: kocimiętka, lirope, czerwone goździki (kupione okazyjnie na targu w Kowalu razem z bylinami, których nazw nie znał sprzedawca, a które uwiodły mnie intensywnością różowych płatków).
26 października – wybrałam się na spacer do lasu i w pola z psami. Za linią drzew tuż obok nas spokojnie pasły się trzy sarny. Gucio skamieniał, nie wiedział czy je powinien pogonić czy może jednak lepiej byłoby w pośpiechu się oddalić. Sarny nic sobie nie robiąc z naszej obecności niespiesznie przemieściły się do lasu - kierując się w stronę naszego podwórka …
30 października – ranki srebrzą już ogród, bledną kolory, moja złocista aleja szarzeje od butwiejących liści, zachodzące słońce nie ozłaca już sosen, za to nocą gwiazdy nad podwórkiem na wyciągnięcie ręki.
3 listopada – słonecznie, ciepło – więc deser zjadam na werandzie i niczym włoski biedak grzeję się w przemieszczającej się po podwórku plamie słońca.
4 listopada – dzień słoneczny choć wietrzny, spacer po sadzie i nagle … nad leżącymi jeszcze w trawie malutkimi jabłuszkami pojawia się piękny motyl. Zamieram z wrażenia i zdumienia … .
5 listopada – po zimnej nocy dzień wstał słoneczny więc ranek postanowiłam wykorzystać na poranne prace w ogrodzie, w tym zdejmowanie opasek lepowych z drzew. Tym razem poszło dość szybko i sprawnie choć opaski nadal lepiły się do palców. Ciekawa jestem na ile są skuteczne i czy faktycznie chronią drzewa przed różnymi paskudztwami. Mam do nich ambiwalentny stosunek, choć metoda ta polecana jest przez ogrodników. Opaski przypominają mi zapamiętane z dzieciństwa lepy na muchy, które wtedy były dla mnie czymś okropnym – bo żal mi było szarpiących się, próbujących uwolnić z pułapki much a czasem ciem.
W domu przenikliwy chłód i mimo podgrzewania olejowym kaloryferkiem temperatura utrzymuje się niezmiennie na tej samej wysokości 15 stopni i nie chce być więcej. Psy śpią zwinięte w kulkę, przytulone na jednym posłaniu. Wilgoć przenika przez zmurszałe deski podłóg – oj czas najwyższy na remont … .
Nocami do domu zakradają się myszy, jedna z nich wyjątkowo zziębnięta postanowiła ogrzać się w moim łóżku, co ostatecznie zmusiło mnie do założenia pułapek, których szczerze nie znoszę, bo żal mi tych biednych myszek, nie chcę zabijać żadnych zwierząt – przecież mój dom i ogród ma być przyjazny dla wszystkiego, co żyje … . 
15 listopada – nadal kwitną niziutkie, czerwone goździki i żółte krwawniki. Krety zabrały się ostro do pracy, na dróżce prowadzącej do ogródka naliczyłam 21 kopczyków poza tym pełno ich w sadzie i przy drodze prowadzącej na podwórko. Czyżby krety pogłębiały swoje korytarze czując nadchodzącą mroźną zimę?
25 listopada – sikory rzucają się na pestki słonecznika rujnując moją emerycką kieszeń, przez 3 – 4 dni wyjadają pestki z 7 kafli (pamiątki z nierozważnie rozebranego pieca), pochłaniają 4 kawałki słoninki i nadal zażywają kąpieli nie zważając na temperaturę wody i powietrza.
Chodzę sobie po ogrodzie planuję wiosenne prace, marzę o posadzeniu krzewów, które by wspomagały mnie w wykarmieniu skrzydlatej gromady i czekam  - na wiosnę!  
Zawsze chciałam mieć ogród przyjazny zwierzętom i moje marzenia się spełniają. Może niekoniecznie w takiej formie jak w marzeniach – działkę bowiem pokochał kret emeryt, sterany krecim życiem, z niewydolnością oddechową. Kretowiska prawie w linii prostej ciągną się przez dawny warzywnik – więc chyba biedaczkowi rzeczywiście brakowało tchu i raz za razem musiał zaczerpnąć tchu na powierzchni.
24 stycznia 2015 r.
Łaskawa zima pozwala na pozyskiwanie ziemi z krecich kopców więc zbieram ją skrzętnie i rozsypuję w miejscach, które wiosną będą polem bitwy z perzem, żeby - jeśli to ja wygram - stały się kwietnymi rabatkami. A że kopców mam bez liku to i niewątpliwy pożytek z kreciego trudu.
Coraz niecierpliwiej marzę o wiośnie, więc żeby ją przywołać wybrałam się do sklepu po wapno do bielenia drzew – bo przecież już blisko do nadejścia dni słonecznych i ciepłych, a noce wiadomo potrafią być jeszcze długo mroźne. Oczywiście nie wytrwałam w postanowieniu nabycia wyłącznie wapna. Jedno spojrzenie na regał z nasionami i amok opętał rozsądek. Efekt to kilkanaście paczuszek nasion, których oczywiście nie planowałam wysiać w tym roku.
6 lutego 2015 r.
W zimne ale pięknie słoneczne przedpołudnie – poszczotkowałam korę pni jabłoni i śliw, pozbierałam mumie spod jabłoni, pospacerowałam po lesie z kotem i oparta o ulubioną brzozę grzałam się  w promieniach wciąż jeszcze zimowego słońca.
20 lutego 2015 r.
Pobieliłam pnie i częściowo konary jabłoni i śliwy. Nie miałam gliny więc preparat rozpuściłam w mniejszej niż zalecano ilości wody.
24 lutego 2015 r.
Bardzo bym chciała odtworzyć warzywnik mojej Mamy. Na wielu kartkach powstają więc projekty prostokątnych zagonków z warzywami mniej i bardziej wymagającymi co do żyzności gleby, niczym warkocz splecione z ziołami i kwiatami, które mają je chronić przed szkodnikami. Obłożyłam się notatkami, pismami i książkami  – bo wiosna już za miedzą, a ja jeszcze w lesie …
27 lutego 2015 r.
Właśnie nabyłam świetną książkę tak przeze mnie lubianego Witolda Czuksanowa – Bitwa o pietruszkę i nie tylko. Kompedium wiedzy o uprawie warzyw z przepisami na pyszności z własnego ogródka z ilustracjami, rysunkami i lekkim tonem podanymi poradami – prawdziwe cudo … .
Jeszcze tylko muszę postarać się o deski, zbić skrzynie, napełnić ziemią i czekać na sprzyjające warunki żeby siać, plewić, podlewać, chuchać i dmuchać, żeby wszystko pięknie rosło.
Chodzę po ogrodzie zastanawiając się gdzie powinnam umieścić skrzynie, żeby roślinki miały jak najwięcej słońca, żeby nie mroziły ich wiatry i nie deptały wiejskie psy odwiedzające mój ogród za sprawą wabiącego je zapachu słoninki. A amatorów słoninki przybywa z każdym dniem … .

Póki co sekator w dłoń – bo czas ruszyć na cięcie nie tylko suchych gałęzi. Bardzo by mi się przydała piła z wysięgnikiem ale to odległy śpiew przyszłości, no chyba, że wygram w totolotka … . Czeka mnie dodatkowy, zupełnie nie planowany wydatek bo za sprawą panów z elektrowni, troszczących się o przewody elektryczne „idące od słupa” ze skarpy zniknęły dorodne akacje i dzikie róże osłaniające ogród od strony szosy. Oczywiście wykarczowanie korzeni spadnie na mnie … .