Moje spotkanie z ogrodem - zapiski z ogrodowego pamiętnika
Nie przenosi się starych drzew.
Może ludowa mądrość dotyczy wyłącznie tych, którzy tego nie chcą, bo ja z radością uwolniłam
swoje korzenie od wielu lat pokryte miejskim chodnikiem. Przeprowadzka, codzienne zmaganie się z
czasem, który kurczył się niczym sfilcowany sweter, a ja uwikłana w męczące i
konieczne zajęcia ze smutkiem żegnałam kolejny dzień uciekającego przede mną
lata.
I wreszcie … 20 sierpnia jadę, jadę jeszcze nie do końca
wierząc, że to nie sen …
Po tylu latach oczekiwań,
tęsknoty, wyobrażeń i marzeń wreszcie jestem … i witam się z ogrodem – smutnym,
opuszczonym, zaniedbanym … .
Wysokie trawy splatane z
zielskiem i suchymi konarami drzew nie pozwalają swobodnie przejść przez ogród.
Konary klonów, morw i robinii nie dopuszczają słońca nie tylko do dawnego
ogrodu kwietnego i warzywnika. Widok z werandy również smutny – cień rzucany
przez rozrośnięte samosiejki klonów i sumaków (octowców) - każe na jakiś
czas zapomnieć o słonecznych, kwietnych rabatach.
Na podwórku, w jakże niewielkich
plamach słońca psy układają się do codziennej drzemki, a ja z sekatorem i
ręczną piłką dzień za dniem próbuję nadać ogrodowi jego dawny wygląd.
Nocny ból dłoni nieco studzi moje
zapędy i siłą rzeczy wymusza rezygnację z prac, które są poza moim zasięgiem.
Przycięłam czarną porzeczką,
aronię i forsycję - chociaż to nie jest odpowiedni czas na takie zabiegi.
Prześwietliłam część morwy białej i czarnej. W kolejce na cięcie czekają krzewy
pigwy i karagany.
Wiem, że również powinnam usunąć
uschnięte konary śliw i wiśni ale
postanawiam z tą pracą uporać się dopiero wiosną.
Usunęłam tzw. wilki i oczyściłam
ziemię pod dziadka jabłonką. W najbliższych dniach planuję posiać pod nią
facelię i obłożyć ziemię wokół pnia ściętą pokrzywą. Po 20 września – zgodnie z
zaleceniami ekoogrodników - wszystkie jabłonie zamierzam ustroić opaskami
lepowymi.
Przed werandą, w kwietnym ogródku i na podwórku posadziłam
trochę bylin. Żeby się przyjęły i pięknie rosły każdą roślinkę
umieszczałam w głębokim dole wypełnionym dobrą ziemią. Troskę o rośliny
opłaciłam bólem kręgosłupa, który nie pozwalał przyjąć mi ludzkiej postawy -
przez większą część dnia poruszałam się zgięta w kabłąk … . Tak to jest jeśli
chce się zbyt szybko spełnić marzenie o pięknie ukwieconym ogrodzie. Żeby
pamiętać co, gdzie i kiedy posadziłam skrupulatnie szkicowałam i zapisywałam
każdego wieczoru kolejne nasadzenia. Może uchroni to mnie przed wiosennym
zanikiem pamięci … .
30 sierpnia – wsadzam: bergenię,
tiarelę, trzmielinę, żurawki, barbulę, budleję, nachyłki, rozchodniki,
kocimiętkę, jastrzębiec pomarańczowy, kokorycz żółtą.
4 września – wsadzam: brunerę
marmurkową, bodziszki Endressa, tawułki chińskie, liliowce cytrynowe.
24 września – wsadzam: krwawniki,
baptystę, jeżówkę purpurową, szałwie omszone, perowskie łobodo listne.
21 września – montaż pułapek
lepowych to przednia zabawa … żółte paskudztwo lepi się do wszystkiego tylko
nie do pni drzew … dołączone do opasek troczki są do niczego, pierwsze podmuchy
wiatru i opaski wylądowały pod drzewami. Opasałam więc je dodatkowo sznurkiem –
nie wglądało to estetycznie ale trzymało się dzielnie - pomimo silnych
podmuchów wiatru.
27 września – wysiew roślin na
zielony nawóz. Dookoła pni jabłoni i śliw wysiałam kręgi z facelii, która na
tym moim nędznym piasku rośnie silniej i szybciej niż perz ( na szczęście) i
pokrzywy (co już mniej cieszy – bo potrzebuję ich dużo do sporządzania bardzo
brzydko pachnącego ale skutecznego roztworu do opryskiwania i podlewania moich
roślinek.
2 października – posadziłam
berberysy Thunberga i lirope szafirkowae, kłosowiec fenku łowy.
4 października – obok studni,
przed trzmielinami posadziłam cebule żonkili (narcyzy) Baby Moon.
5 października – wysiałam
gorczycę na zielony nawóz.
7 października – w piękny,
słoneczny i ciepły dzień – posadziłam (po lewej stronie drogi wjazdowej) pięciorniki
krzewiaste Gold Star
8 października – świat wokół mnie
wygląda niczym pejzaż dla impresjonistów więc wmyślam takie zajęcia żeby jak
najdłużej podziwiać urodę drzew i krzewów, posiłki zjadam na werandzie, a przedwieczorną
herbatę smakuję aż do zmroku.
9 października – kolejny piękny
słoneczny dzień. W moim zimnym zazwyczaj domu letnie temperatury – 25
stopni!!!. W ten nieoczekiwanie leni wieczór siedzę sobie z psami na werandzie,
chłonę ciszę, zapach lasu, aksamit powietrza, drobiny szczęścia unoszące się
nad moim podwórkiem opadają na moje serce.
12 października – odtwarzam dawny
karmnik dla sikorek tworząc w zastępstwie popsutych elementów przedziwną
konstrukcję z misek, puszek i sznurków. Nie wygląda to estetycznie ale chodzi
mi o to, żeby karma wysypywana sikorkom nie mokła na deszczu. Wsypuję ziarno
słonecznika i ku mojej radości wkrótce w karmniku pojawia się „sikorzy zwiad”.
Mam nadzieję, ze wkrótce pojawią się następne, a może powróci liczna gromada,
która tak cieszyła mojego Tatę …
18 października – wsiałam w kilku
miejscach w ogródku koper ogrodowy Szmaragd (odmiana odporna na suszę) zobaczmy
więc jak sobie poradzi na moim piaseczku. Jest to odmiana dobra do kwaszenia
więc gdyby się sprawdził to może już w przyszłym roku mogłabym go spożytkować
do zalewy.
20 października – poszłam na
spacer do lasu z chęcią poprzytulania się do brzóz, a skończyło się na liczeniu
pni po ściętych drzewach. Niestety naliczyłam aż 61 pni, w tym większość wyciętych
drzew to sosny.
23 października – prognozy miały
być niekorzystne dla ogrodników, miał padać deszcz ze śniegiem, a jest
zimno ale słonecznie. Gromada sikorek kąpie się w starym garnku, skubie słoninkę
i najwyraźniej cieszy się życiem, niektóre nie kontrolując zbytnio
kierunku lotu uderzają w szyby kuchennego okna. Z jesieni nic sobie nie robią
posadzone dopiero co roślinki i kwitną sobie na całego: kocimiętka, lirope,
czerwone goździki (kupione okazyjnie na targu w Kowalu razem z bylinami, których
nazw nie znał sprzedawca, a które uwiodły mnie intensywnością różowych płatków).
26 października – wybrałam się na
spacer do lasu i w pola z psami. Za linią drzew tuż obok nas spokojnie pasły
się trzy sarny. Gucio skamieniał, nie wiedział czy je powinien pogonić czy może
jednak lepiej byłoby w pośpiechu się oddalić. Sarny nic sobie nie robiąc z
naszej obecności niespiesznie przemieściły się do lasu - kierując się w stronę
naszego podwórka …
30 października – ranki srebrzą
już ogród, bledną kolory, moja złocista aleja szarzeje od butwiejących liści,
zachodzące słońce nie ozłaca już sosen, za to nocą gwiazdy nad podwórkiem na wyciągnięcie
ręki.
3 listopada – słonecznie, ciepło
– więc deser zjadam na werandzie i niczym włoski biedak grzeję się w przemieszczającej
się po podwórku plamie słońca.
4 listopada – dzień słoneczny
choć wietrzny, spacer po sadzie i nagle … nad leżącymi jeszcze w trawie
malutkimi jabłuszkami pojawia się piękny motyl. Zamieram z wrażenia i zdumienia
… .
5 listopada – po zimnej nocy
dzień wstał słoneczny więc ranek postanowiłam wykorzystać na poranne prace w
ogrodzie, w tym zdejmowanie opasek lepowych z drzew. Tym razem poszło dość
szybko i sprawnie choć opaski nadal lepiły się do palców. Ciekawa jestem na ile
są skuteczne i czy faktycznie chronią drzewa przed różnymi paskudztwami. Mam do
nich ambiwalentny stosunek, choć metoda ta polecana jest przez ogrodników.
Opaski przypominają mi zapamiętane z dzieciństwa lepy na muchy, które wtedy
były dla mnie czymś okropnym – bo żal mi było szarpiących się, próbujących
uwolnić z pułapki much a czasem ciem.
W domu przenikliwy chłód i mimo
podgrzewania olejowym kaloryferkiem temperatura utrzymuje się niezmiennie na
tej samej wysokości 15 stopni i nie chce być więcej. Psy śpią zwinięte w kulkę,
przytulone na jednym posłaniu. Wilgoć przenika przez zmurszałe deski podłóg –
oj czas najwyższy na remont … .
Nocami do domu zakradają się
myszy, jedna z nich wyjątkowo zziębnięta postanowiła ogrzać się w moim
łóżku, co ostatecznie zmusiło mnie do założenia pułapek, których szczerze nie
znoszę, bo żal mi tych biednych myszek, nie chcę zabijać żadnych zwierząt –
przecież mój dom i ogród ma być przyjazny dla wszystkiego, co żyje … .
15 listopada – nadal kwitną
niziutkie, czerwone goździki i żółte krwawniki. Krety zabrały się ostro do
pracy, na dróżce prowadzącej do ogródka naliczyłam 21 kopczyków poza tym pełno
ich w sadzie i przy drodze prowadzącej na podwórko. Czyżby krety
pogłębiały swoje korytarze czując nadchodzącą mroźną zimę?
25 listopada – sikory rzucają się
na pestki słonecznika rujnując moją emerycką kieszeń, przez 3 – 4 dni wyjadają
pestki z 7 kafli (pamiątki z nierozważnie rozebranego pieca), pochłaniają 4
kawałki słoninki i nadal zażywają kąpieli nie zważając na temperaturę wody
i powietrza.
Chodzę sobie po ogrodzie planuję
wiosenne prace, marzę o posadzeniu krzewów, które by wspomagały mnie w
wykarmieniu skrzydlatej gromady i czekam
- na wiosnę!
Zawsze chciałam mieć ogród przyjazny
zwierzętom i moje marzenia się spełniają. Może niekoniecznie w takiej formie
jak w marzeniach – działkę bowiem pokochał kret emeryt, sterany krecim życiem,
z niewydolnością oddechową. Kretowiska prawie w linii prostej ciągną się
przez dawny warzywnik – więc chyba biedaczkowi rzeczywiście brakowało tchu i
raz za razem musiał zaczerpnąć tchu na powierzchni.
24 stycznia 2015 r.
Łaskawa zima pozwala na
pozyskiwanie ziemi z krecich kopców więc zbieram ją skrzętnie i rozsypuję w miejscach,
które wiosną będą polem bitwy z perzem, żeby - jeśli to ja wygram - stały się
kwietnymi rabatkami. A że kopców mam bez liku to i niewątpliwy pożytek z
kreciego trudu.
Coraz niecierpliwiej marzę o
wiośnie, więc żeby ją przywołać wybrałam się do sklepu po wapno do bielenia
drzew – bo przecież już blisko do nadejścia dni słonecznych i ciepłych, a noce
wiadomo potrafią być jeszcze długo mroźne. Oczywiście nie wytrwałam w
postanowieniu nabycia wyłącznie wapna. Jedno spojrzenie na regał z nasionami i
amok opętał rozsądek. Efekt to kilkanaście paczuszek nasion, których oczywiście
nie planowałam wysiać w tym roku.
6 lutego 2015 r.
W zimne ale pięknie słoneczne
przedpołudnie – poszczotkowałam korę pni jabłoni i śliw, pozbierałam mumie spod
jabłoni, pospacerowałam po lesie z kotem i oparta o ulubioną brzozę grzałam się
w promieniach wciąż jeszcze
zimowego słońca.
20 lutego 2015 r.
Pobieliłam pnie i częściowo
konary jabłoni i śliwy. Nie miałam gliny więc preparat rozpuściłam w mniejszej
niż zalecano ilości wody.
24 lutego 2015 r.
Bardzo bym chciała odtworzyć
warzywnik mojej Mamy. Na wielu kartkach powstają więc projekty prostokątnych
zagonków z warzywami mniej i bardziej wymagającymi co do żyzności gleby, niczym
warkocz splecione z ziołami i kwiatami, które mają je chronić przed
szkodnikami. Obłożyłam się notatkami, pismami i książkami – bo wiosna już za miedzą, a ja jeszcze w
lesie …
27 lutego 2015 r.
Właśnie nabyłam świetną książkę
tak przeze mnie lubianego Witolda Czuksanowa – Bitwa o pietruszkę i nie
tylko. Kompedium wiedzy o uprawie warzyw z przepisami na pyszności z własnego
ogródka z ilustracjami, rysunkami i lekkim tonem podanymi poradami – prawdziwe
cudo … .
Jeszcze tylko muszę postarać się
o deski, zbić skrzynie, napełnić ziemią i czekać na sprzyjające warunki żeby
siać, plewić, podlewać, chuchać i dmuchać, żeby wszystko pięknie rosło.
Chodzę po ogrodzie zastanawiając
się gdzie powinnam umieścić skrzynie, żeby roślinki miały jak najwięcej słońca,
żeby nie mroziły ich wiatry i nie deptały wiejskie psy odwiedzające mój ogród
za sprawą wabiącego je zapachu słoninki. A amatorów słoninki przybywa z każdym
dniem … .
Póki co
sekator w dłoń – bo czas ruszyć na cięcie nie tylko suchych gałęzi. Bardzo by
mi się przydała piła z wysięgnikiem ale to odległy śpiew przyszłości, no
chyba, że wygram w totolotka … . Czeka mnie dodatkowy, zupełnie nie planowany
wydatek bo za sprawą panów z elektrowni, troszczących się o przewody
elektryczne „idące od słupa” ze skarpy zniknęły dorodne akacje i dzikie róże
osłaniające ogród od strony szosy. Oczywiście wykarczowanie korzeni spadnie na
mnie … .