piątek, 21 czerwca 2013

Zapiski z jakiegoś poniedziałku lub środy

Stosy książek, pism, poradników i notatek zalegają we wszystkich kątach pokoju, już dawno nie mieszcząc się na półkach. Działka wielokrotnie podzielona na części z dokładnym opisem nasadzeń. Szczegółowo już zaplanowana została kolejność sadzenia krzewów i bylin. Już coraz więcej wiem o sympatiach i animozjach warzyw, poplonach i przedplonach. Z bólem serca pożegnałam się już z roślinkami, które nie zagościłyby u mnie na dłużej, bo ziemia dla nich byłaby niegościnna, zbyt sucha i piaszczysta. Zaplanowałam kolorystykę rabat w każdym zakątku wolnym od drzew i krzewów. Starannie wyznaczyłam miejsca do obsadzenia roślinkami, których jedynym zadaniem jest użyźnić moje piaski.
Mądra, mądrością przemądrzałego adepta, puchnę z dumy niczym najurodziwsza z dyń.
Aż tu nagle przychodzi sobie niepostrzeżenie i cichutko myśl nieznośnie męcząca, że to nie tak, zupełnie nie tak.
Rzucam się więc ponownie do wertowania kolejnych artykułów i porad książkowych. Cichaczem zaglądam na czaty, podpatrując co należy posadzić „zielonym do góry”.
Przypominając sobie rodzinne przekazy, tym poszukiwaniom stopniowo zaczynam nadawać zupełnie inny kierunek.

Co prawda, sama z siebie się śmieję, że jestem jeszcze zbyt podobna do psa biegnącego tropem wabiącego go zapachu, ale to nic nie szkodzi … chyba zawierzę tej drodze. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz