Stosy książek, pism, poradników i
notatek zalegają we wszystkich kątach pokoju, już dawno nie mieszcząc się na
półkach. Działka wielokrotnie podzielona na części z dokładnym opisem nasadzeń.
Szczegółowo już zaplanowana została kolejność sadzenia krzewów i bylin. Już
coraz więcej wiem o sympatiach i animozjach warzyw, poplonach i przedplonach. Z
bólem serca pożegnałam się już z roślinkami, które nie zagościłyby u mnie na dłużej,
bo ziemia dla nich byłaby niegościnna, zbyt sucha i piaszczysta. Zaplanowałam
kolorystykę rabat w każdym zakątku wolnym od drzew i krzewów. Starannie wyznaczyłam
miejsca do obsadzenia roślinkami, których jedynym zadaniem jest użyźnić moje
piaski.
Mądra, mądrością przemądrzałego
adepta, puchnę z dumy niczym najurodziwsza z dyń.
Aż tu nagle przychodzi sobie
niepostrzeżenie i cichutko myśl nieznośnie męcząca, że to nie tak, zupełnie nie
tak.
Rzucam się więc ponownie do
wertowania kolejnych artykułów i porad książkowych. Cichaczem zaglądam na
czaty, podpatrując co należy posadzić „zielonym do góry”.
Przypominając sobie rodzinne
przekazy, tym poszukiwaniom stopniowo zaczynam nadawać zupełnie inny kierunek.
Co prawda, sama z siebie się
śmieję, że jestem jeszcze zbyt podobna do psa biegnącego tropem wabiącego go
zapachu, ale to nic nie szkodzi … chyba zawierzę tej drodze.