Dwa oblicza zimy
„Na całej połaci śnieg” –
faktycznie, bajkowo, uroczo jest w ogrodzie i lesie. Świat otulony białą
kołderką wypiękniał i przycichł.
Śnieg skrzypi i chrzęści pod
butami, a las wydaje się wsłuchany w tę zimową muzykę.
Psy szaleją goniąc się i
ślizgając z każdego wzniesienia i każdej górki.
Podwórko tonie w śniegu.
Wydeptaną, wąską ścieżką wędrujemy do karmnika, lasu i do szopy. Czapy śniegu
zwisają z krawędzi dachu i daszku nad werandą. Pod koniec słonecznego dnia
sople rosną niczym nos Pinokia.
Po odśnieżeniu połowy podwórka – zza
śniegu prawie nie widać studni i płotu.
Zrzucanie pryzm śniegu z dachu,
kiedy wzrostem nie zaimponowałoby się Panu Wołodyjowskiemu, nie jest zbyt
skuteczne. Drobiny śniegu wpadają do rękawów kurtki, śnieżny pył wpada do oczu,
a jak się już uda zaczepić grabie o imponująco duży płat – to spada on o
milimetry przed nosem.
Niepokoi żarłoczność pieca, męczy
taszczenie wiader z węglem i drewnem. Późnym wieczorem, w pokoju, osiągam
zupełnie przyzwoitą temperaturę 18 – 20 stopni. Ranki są za to „ożywcze” –
bywa, że witają mnie 12 stopniami.
Dzisiaj radio zapowiedziało
zbliżającą się odwilż. Będzie więc cieplutko, śnieg sam wywędruje na rubieże, a
ja będę razem z kotami wypatrywała nadejścia wiosny. Marzycielko, do góry głowa,
wszak luty jest krótki to i może nie zdąży dokuczyć.




