Ulewa
Woda z szumem pędzi przez rynny i
z łoskotem wpada w czeluści beczek.
Nic nie muszę. Nie muszę
podlewać, nie muszę wyrywać zielska, nie muszę ścinać rosnących wszędzie
akacji, nawet nie muszę wychodzić na spacer z psami.
Imponująco rośnie lista przyjemności.
Mogę w spokoju wypić kolejną filiżankę herbaty, mogę poczytać, rozwiązać
kolejną krzyżówkę, mogę się zdrzemnąć, mogę niczym baca posiedzieć i pomyśleć,
mogę pomarzyć i pogapić się na otaczający mnie świat – bez konieczności
„odganiania” komarów i meszek.
Plan dnia – „uległ destrukcji”, a
mnie to nic, a nic nie martwi. Z lubością przyjmuję to, na co nie mam wpływu,
to co tu i teraz … .
I pewnie w tym stanie trwałabym
jeszcze długo – gdybym nie przedobrzyła i nie poszła do kuchni po kolejną filiżankę
herbaty, nie włączyła radia i nie usłyszała prognozy pogody – ma padać przez
cały tydzień! No nie, takiej dawki „przyjemności” to ja jednak nie wytrzymam!
Chcę iść – „ do roboty”!!!








































