Ekologiczny pogromca perzu
Proste narzędzie, kupione
dla żartu, a podarowane mi ze szczerego serca – okazało się najskuteczniejszym
narzędziem w walce z perzem.
Oczywiście pod warunkiem
jego prawie codziennego używania. Toteż w szczegółowo zaplanowanym tygodniu
pracy, o ile pogoda nie sprawi psikusa, są ranki lub popołudnia wypełnione
„tańcem z widełkami”.
Kolejność prac wygląda
następująco: najpierw krok po kroku z całych sił wbijam się dużymi widłami w
zbitą darń (ukrywającą korzenie wszelkiego możliwego paskudztwa z widoczną przewagą
perzu), następnie naruszam całe połacie ziemi graczką, po czym z furią z pryzmy
ziemno-korzennej wyciągam prawie metrowej długości korzenie.
Po dwóch, czasem trzech
godzinach - czuję jak z każdą kroplą potu zalewającą mi oczy tracę zapał i
animusz. Jeśli wytypowaną grządkę uda mi się oczyścić i co równie ważne - podnieść
się z kolan i dojść do werandy - to
później następuje najprzyjemniejsza część dnia lub nocy – bezkarne objadanie
się czekoladą … .
A tu pada noc i dzień prawie
cały, perzowi wydłużają się korzenie i myśli dziwne plączą się po głowie – a
ileż też czekolady mógłby zjeść człowiek by zaspokoić swe „czekoladowe żądze”?


