Do spotkania z moim ogrodem zostało mi kilka tygodni.
W marzeniach i na kartkach zaplanowałam
i wyrysowałam już każde miejsce pod nasadzenia - co najmniej na dziesięć lat do
przodu. Skrzętnie pozbierane porady, jak zamienić moje piaski na ziemie płodną,
czyli urodzajną niczym czarnoziem, niecierpliwią się i prawie krzyczą – „bierz
się wreszcie do roboty, na co czekasz”. A ja nadal przykuta do miasta - niczym
pies do łańcucha (na podwórku u złych gospodarzy) - tęsknię, śnię i wciąż czekam i czekam … .
Od dni kilku podziwiam urodę kwitnących głogów, które jakaś dobra
dusza wiele lat temu posadziła przy mojej ulicy, a niecierpliwa dusza i tak
wyrywa się do sadu ze stareńkimi jabłoniami, otulonych gęsto posianym lakiem, i
śliwami, w których cieniu zieleni się dorodny szczypior.
W dokuczającym mi czasie
oczekiwania, w nadto już eksploatowanej wyobraźni, obsiewam facelią i łubinem
przyszły warzywnik, „doglądam” dojrzewającego kompostu i gotuję, zamrażam i jem
bez końca cukinię, bób, fasolę i skorzonerę.
Ogród, odtworzony po tylu latach oczekiwania,
znów jest wiejskim, babcinym ogrodem z przedogródkiem przy szczytowej
ścianie, z dumnie prężącymi się malwami i ostróżkami i pokładającymi się od
ciężaru kwiatów, tak ukochanymi przez mamę ,ciemnoróżowymi peoniami.
W owocowym ogródku znów rosną
porzeczki, maliny, jeżyny i agrest, a w przyokiennym, kwietnym ogrodzie znów
kipi od plątaniny barw i kształtów … .
Ogródku, proszę, przyjmij mnie już
wkrótce z wyrozumiałością i cierpliwością dla moich niezdarnych poczynań.