czwartek, 5 czerwca 2014

Do spotkania z moim ogrodem zostało mi kilka tygodni.
W marzeniach i na kartkach zaplanowałam i wyrysowałam już każde miejsce pod nasadzenia - co najmniej na dziesięć lat do przodu. Skrzętnie pozbierane porady, jak zamienić moje piaski na ziemie płodną, czyli urodzajną niczym czarnoziem, niecierpliwią się i prawie krzyczą – „bierz się wreszcie do roboty, na co czekasz”. A ja nadal przykuta do miasta - niczym pies do łańcucha (na podwórku u złych gospodarzy) -  tęsknię, śnię i wciąż czekam i czekam … .
Od dni kilku podziwiam  urodę kwitnących głogów, które jakaś dobra dusza wiele lat temu posadziła przy mojej ulicy, a niecierpliwa dusza i tak wyrywa się do sadu ze stareńkimi jabłoniami, otulonych gęsto posianym lakiem, i śliwami, w których cieniu zieleni się dorodny szczypior.
W dokuczającym mi czasie oczekiwania, w nadto już eksploatowanej wyobraźni, obsiewam facelią i łubinem przyszły warzywnik, „doglądam” dojrzewającego kompostu i gotuję, zamrażam i jem bez końca cukinię, bób, fasolę i skorzonerę.
Ogród, odtworzony po tylu latach oczekiwania, znów jest wiejskim, babcinym ogrodem z przedogródkiem przy szczytowej ścianie, z dumnie prężącymi się malwami i ostróżkami i pokładającymi się od ciężaru kwiatów, tak ukochanymi przez mamę ,ciemnoróżowymi peoniami.
W owocowym ogródku znów rosną porzeczki, maliny, jeżyny i agrest, a w przyokiennym, kwietnym ogrodzie znów kipi od plątaniny barw i kształtów … .

Ogródku, proszę, przyjmij mnie już wkrótce z wyrozumiałością i cierpliwością dla moich niezdarnych poczynań.